Od lat jestem fanką pornografii. To najlepszy (dla mnie) sposób, aby wzbudzić w sobie pożądanie i doprowadzić do szybkiej, finałowej akcji. Orgazm – jak wiadomo – ma zbawienne skutki dla organizmu. A kiedy jest się w pojedynkę i nie ma co liczyć na pomocną dłoń partnera, trzeba zaprząc do pracy własną. Przy pomocy różnych stymulantów, które właśnie takim celom służą.
Nigdy nie widziałam nic niestosownego w pornograficznych treściach. Wielbię internet za różne możliwości wyszukiwania i oglądania tego, co lubię, co mnie podnieca. Będąc podłączoną do Sieci, nie muszę już wychodzić z domu w poszukiwaniu wypożyczalni sex-dvd albo ganiać po stacjach benzynowych – chyba ostatnich enklawach tego dobra.
Czasem jednak, szczególnie gdy na chwilę internetu zabraknie, zastanawiam się, jak radziłabym sobie bez niego, a co za tym idzie – pornografii. I przychodzi nawet myśl, czy nie uzależniłam się od tych cudzych uniesień...
Nie, chyba nie – mając kochanka u boku, nie potrzebuję dodatkowych wzmacniaczy, chociaż jest to ciekawe doświadczenie – takie wspólne siadanie przed ekranem komputera. Można się przy okazji dowiedzieć, co tę drugą stronę kręci, co odrzuca.
Jednak o ile sama (jeszcze) nie popadłam w porno nałóg, o tyle znam takich, co bez wideoseksu nie umieją funkcjonować. To mężczyźni.
Opowieść J.
J. zaczynał jako nastolatek od podkradania ojcu porno pisemek. Za pierwsze kieszonkowe kupił sobie własne. Do dziś wspomina „niezwykłe balony” panienki z okładki.
Potem były filmy. Oglądał wszystko jak leci, może z wyjątkiem pedofilii i seksu ze zwierzętami. Cała reszta była dla niego do przyjęcia, strawna, a nawet smakowita bardzo.
Długo nie mógł znaleźć dziewczyny. Trądzik i niewielki wzrost nie ułatwiały mu zadania. Ale w końcu się udało, tyle że nie udało się bez wspomagacza. Zwyczajnie, nie mógł utrzymać erekcji. Dziewczyna nie była straszydłem, chociaż wolałby ją mniej dziewiczą, z większymi piersiami i bardziej chętną pochwą. Ale jak się nie ma, co się lubi...
J. dorastał, dojrzewał. Trądzik odszedł do przeszłości, centymetry przestały mieć tak duże znaczenie. Poznawał kobiety, chodził z nimi do łóżka, wciąż jednak najlepiej czuł się w asyście playmetek. Zaproponował kiedyś kilku partnerkom, aby wzbogacili intymne pożycie obecnością dam z ekranu. Obraziły się, krzyczały coś o zdradzie i przykrości, że nie są widać dla J. atrakcyjne, skoro się musi sztucznie podpierać. Nie potwierdzał ani nie zaprzeczał, ale po wszystkim jeszcze raz robił sobie dobrze – już tylko sam na sam z ruchomymi obrazami.
No, po dziś dzień nie umie inaczej. Przekroczył czterdziestkę, nie ma stałej partnerki, może by i chciał, ale tylko taką, która zrozumie i zaakceptuje jego potrzebę włączenia w erotyczny repertuar bodźców płynących z porno.
Historia R.
R. wychowany w konserwatywnej rodzinie, dość długo ukrywał przed samym sobą własną seksualność. A kiedy wreszcie wyzwolił się spod presji rodzinnych wpływów, zaczął brać garściami z życia i seksu. Tyle, że najlepiej wychodził mu seks w pojedynkę. Z kobietami, czasem mężczyznami też było dobrze, ale nie najlepiej. Przez jakiś czas pozostawał nawet w abstynencji seksualnej. Na terapii powtarzał razem z innymi: „Ja, seksoholik”, a w domu siadał przed monitorem i z zawziętością pozbywał się napięć powstałych za dnia.
Wkrótce uznał, że taka forma osiągania satysfakcji jest mu najbliższa i – najbezpieczniejsza.
Czasem jeszcze chodzi z kimś do łóżka, ale najlepiej radzi sobie sam. No, nie do końca sam – towarzyszą mu przecież ludzkie jęki ze szklanego ekranu.
B. po przejściach
B. Niepełnosprawny, po wypadku. „Lubię dziewczyny z gazet i filmów, one mnie przynajmniej nie oceniają” – mówi. Z lęku, ze strachu, zahamowań, kompleksów i przede wszystkim kiepskich doświadczeń z realnymi kobietami, rzeczywistych partnerek już nie szuka. Spełnia się sam, na własną rękę, w przenośni i dosłownie.
Szkoda mi ich wszystkich. Nałogowców borykających się z uzależnieniem, choćby samym sobie i wszystkim naokoło mówili, że nie jest im źle.
Ale gdy jakikolwiek nałóg bierze górę nad rozumem i zaczyna być przymusem, natręctwem, od którego nie daje się uciec – nie ma powodów do szczęścia. Chyba, że chce się być skazanym na seksualne życie w pojedynkę. Tak przecież też można.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz