Od lat jestem fanką pornografii. To najlepszy (dla mnie) sposób, aby wzbudzić w sobie pożądanie i doprowadzić do szybkiej, finałowej akcji. Orgazm – jak wiadomo – ma zbawienne skutki dla organizmu. A kiedy jest się w pojedynkę i nie ma co liczyć na pomocną dłoń partnera, trzeba zaprząc do pracy własną. Przy pomocy różnych stymulantów, które właśnie takim celom służą.
Nigdy nie widziałam nic niestosownego w pornograficznych treściach. Wielbię internet za różne możliwości wyszukiwania i oglądania tego, co lubię, co mnie podnieca. Będąc podłączoną do Sieci, nie muszę już wychodzić z domu w poszukiwaniu wypożyczalni sex-dvd albo ganiać po stacjach benzynowych – chyba ostatnich enklawach tego dobra.
Czasem jednak, szczególnie gdy na chwilę internetu zabraknie, zastanawiam się, jak radziłabym sobie bez niego, a co za tym idzie – pornografii. I przychodzi nawet myśl, czy nie uzależniłam się od tych cudzych uniesień...
Nie, chyba nie – mając kochanka u boku, nie potrzebuję dodatkowych wzmacniaczy, chociaż jest to ciekawe doświadczenie – takie wspólne siadanie przed ekranem komputera. Można się przy okazji dowiedzieć, co tę drugą stronę kręci, co odrzuca.
Jednak o ile sama (jeszcze) nie popadłam w porno nałóg, o tyle znam takich, co bez wideoseksu nie umieją funkcjonować. To mężczyźni.
Opowieść J.
J. zaczynał jako nastolatek od podkradania ojcu porno pisemek. Za pierwsze kieszonkowe kupił sobie własne. Do dziś wspomina „niezwykłe balony” panienki z okładki.
Potem były filmy. Oglądał wszystko jak leci, może z wyjątkiem pedofilii i seksu ze zwierzętami. Cała reszta była dla niego do przyjęcia, strawna, a nawet smakowita bardzo.
Długo nie mógł znaleźć dziewczyny. Trądzik i niewielki wzrost nie ułatwiały mu zadania. Ale w końcu się udało, tyle że nie udało się bez wspomagacza. Zwyczajnie, nie mógł utrzymać erekcji. Dziewczyna nie była straszydłem, chociaż wolałby ją mniej dziewiczą, z większymi piersiami i bardziej chętną pochwą. Ale jak się nie ma, co się lubi...
J. dorastał, dojrzewał. Trądzik odszedł do przeszłości, centymetry przestały mieć tak duże znaczenie. Poznawał kobiety, chodził z nimi do łóżka, wciąż jednak najlepiej czuł się w asyście playmetek. Zaproponował kiedyś kilku partnerkom, aby wzbogacili intymne pożycie obecnością dam z ekranu. Obraziły się, krzyczały coś o zdradzie i przykrości, że nie są widać dla J. atrakcyjne, skoro się musi sztucznie podpierać. Nie potwierdzał ani nie zaprzeczał, ale po wszystkim jeszcze raz robił sobie dobrze – już tylko sam na sam z ruchomymi obrazami.
No, po dziś dzień nie umie inaczej. Przekroczył czterdziestkę, nie ma stałej partnerki, może by i chciał, ale tylko taką, która zrozumie i zaakceptuje jego potrzebę włączenia w erotyczny repertuar bodźców płynących z porno.
Historia R.
R. wychowany w konserwatywnej rodzinie, dość długo ukrywał przed samym sobą własną seksualność. A kiedy wreszcie wyzwolił się spod presji rodzinnych wpływów, zaczął brać garściami z życia i seksu. Tyle, że najlepiej wychodził mu seks w pojedynkę. Z kobietami, czasem mężczyznami też było dobrze, ale nie najlepiej. Przez jakiś czas pozostawał nawet w abstynencji seksualnej. Na terapii powtarzał razem z innymi: „Ja, seksoholik”, a w domu siadał przed monitorem i z zawziętością pozbywał się napięć powstałych za dnia.
Wkrótce uznał, że taka forma osiągania satysfakcji jest mu najbliższa i – najbezpieczniejsza.
Czasem jeszcze chodzi z kimś do łóżka, ale najlepiej radzi sobie sam. No, nie do końca sam – towarzyszą mu przecież ludzkie jęki ze szklanego ekranu.
B. po przejściach
B. Niepełnosprawny, po wypadku. „Lubię dziewczyny z gazet i filmów, one mnie przynajmniej nie oceniają” – mówi. Z lęku, ze strachu, zahamowań, kompleksów i przede wszystkim kiepskich doświadczeń z realnymi kobietami, rzeczywistych partnerek już nie szuka. Spełnia się sam, na własną rękę, w przenośni i dosłownie.
Szkoda mi ich wszystkich. Nałogowców borykających się z uzależnieniem, choćby samym sobie i wszystkim naokoło mówili, że nie jest im źle.
Ale gdy jakikolwiek nałóg bierze górę nad rozumem i zaczyna być przymusem, natręctwem, od którego nie daje się uciec – nie ma powodów do szczęścia. Chyba, że chce się być skazanym na seksualne życie w pojedynkę. Tak przecież też można.
SkarbyAfrodyty.pl to sklep erotyczny dla kobiet i ich partnerów/partnerek.
czwartek, 7 lipca 2011
Gdy zazdrość staje się chorobą
Odrobina zazdrości w miłości jest skądinąd bardzo wskazana. Działa jak afrodyzjak, powodując, że partnerzy zdobywają się na nowo z coraz większą energią i siłą. Ale uwaga – w zbyt dużych dawkach zazdrość nie tylko bywa śmieszna oraz irytująca, ale może też doprowadzić do wielkiego zmęczenia sobą kochanków i co za tym idzie – rozpadu związku.
Różne są oblicza zielonookiego potwora. Czasem jest tak niewinny jak lekki flirt, niezakończony konsumpcją słowno-erotycznej zabawy. Tak dzieje się, gdy partner zyskuje dodatkowo w naszych oczach, bo zyskuje w oczach innych. Która z nas nie znalazła się choć raz w sytuacji, kiedy spojrzała na kochanka zupełnie inaczej niż dotąd, a to tylko dlatego, że wzbudził zainteresowanie i podziw innych kobiet. Zazdrość jest wówczas takim krótko bolesnym szarpnięciem serca i stymulantem wzrostu pożądania. To bardzo pozytywny aspekt i dobrze prognozujący nocy w sypialni.
Gorzej jest, gdy zazdrość zaczyna przenikać wszystkie sfery życia i staje się chorobą. Czasem wyleczalną, a czasem nie.
Historia pewnej znajomości
Jak u Marty i Piotra. Ona – skromna, raczej nieśmiała młoda kobieta, przeciętnej urody, by nie powiedzieć – nijaka. Nie, nijaka na pewno nie była, skoro wpadła w oko takiemu przystojniakowi jak Piotr. Chociaż znajomi odwodzili ją od pomysłu związania się z męskim macho na stałe. Przewidywali niebezpieczeństwa, które nazywali wprost pułapkami jego samczej urody. A może znali Martę lepiej niż ona sama...?
Ale Marta się zakochała. Trochę to trwało i chyba ten czas niepewności jej uczuć tak zafascynował Piotra, który dotąd nie miewał problemów z wzajemnością kobiecej fascynacji.
Na początku ciekawe spojrzenia kobiet w stronę Piotra nawet Martę cieszyły. Czuła się dumna i bardziej wartościowa, prowadzając się za rękę z tak atrakcyjnym mężczyzną. Po czasie jednak radość ustąpiła irytacji. Żeby choć Piotr był skromniejszy w tej swojej męskiej urodzie!
No, ale nie był. Lubił podkreślać atuty swojego ciała, lubił widzieć podziw w oczach innych, chociaż jak twierdził, nigdy nie robił z tego użytku. Ot, miła, ale bezpieczna sytuacja, bo kocha przecież tylko ją.
Bo wszystkiemu na imię „zazdrość”
Słowa słowami, a nieposłuszny umysł robi swoje. I myśli, coraz więcej myśli i staje się podstępny, i przewiduje różne złe scenariusze. A wszystkim im na imię „zazdrość”.
Zazdrość, która nakazuje sprawdzać kieszenie partnera w poszukiwaniu miłosnego listu albo choć wizytówki z kobiecym imieniem. Zazdrość, która nie uchyli się nawet przed upokorzeniem wąchania jego koszul, czy nie pachną obcymi perfumami. Zazdrość o czas niespędzony z ukochaną i niewiara, że siedział po godzinach w pracy. Zazdrość o każde słowo niewypowiedziane tylko do niej, o każdy uśmiech skierowany do bliźnich, każdy miły gest na zewnątrz.
I w końcu wybuch zazdrości, wrogi atak, potok raniących oskarżeń. I dziki płacz, i przekleństwa, i osobne spanie, i coraz większa trwoga o związek niszczony przecież na własne życzenie.
A Piotr? Starał się, naprawdę się starał. Tłumaczył bezsens podejrzeń, zapewniał o uczuciu, przekonywał, całował. Szeptał czułe słowa, obdarzał pragnącym dotykiem – do czasu. Czas nie zadziałał na korzyść ani uczuć ani tym bardziej cierpliwości mężczyzny. Czuł się coraz mocniej przez partnerkę tłamszony, doprowadzany do paradoksów tłumaczenia się z za długiego o pięć minut pobytu w osiedlowym sklepie, a wyjaśnienia, że kolejka, nic nie pomagały. Co godzinę telefony, niby przypadkowe zaglądanie w jego komórkę, laptop, otwieranie korespondencji i ciągłe pretensje, żal, złość, frustracja, gniew.
Tego żaden zdrowy na umyśle człowiek nie wytrzyma, a szczególnie facet, bo przecież nie jest tajemnicą, że to właśnie męska płeć nie umie zbyt długo żyć w świecie pełnym napięć i konfliktów. Chcesz mieć na trwałe mężczyznę? Zapewnij mu spokój – brzmi mądre porzekadło, ale taka postawa była Marcie szczególnie obca.
I przyszło, co nieuniknione, i musieli się rozstać. Rozstali się z hukiem, wyrzucała przez okno jego rzeczy, krzycząc niewybrednymi słowami za oddalającą się sylwetką.
Potem padła wyczerpana na łóżko, już samotne i długo płakała, żaląc się spazmatycznie i głośno na podły los.
Przyczyny zazdrości
Skąd się bierze taka prawie niczym nieuzasadniona, bez konkretnych fundamentów, toksyczna zazdrość? Z kompleksów. Z niewiary tak w siebie i swoją atrakcyjność dla partnera, jak i z niewiary w łączącą tych dwoje bliską relację.
Bądźmy czujne, bo ostrożność jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Nie popadajmy jednak w przesadę i nauczmy się odróżniać rzeczy małe od wielkich, niegroźne od zabójczych.
Bo wpadając w pułapkę permanentnej zazdrości, zabijamy nią przede wszystkim siebie.
Odrobina zazdrości w miłości – jak najbardziej. Całe mnóstwo zazdrości w miłości – absolutnie nie. Chyba, że chcemy zostać same i w dodatku z niemiłymi wspomnieniami, które będziemy zawdzięczać tylko sobie.
Różne są oblicza zielonookiego potwora. Czasem jest tak niewinny jak lekki flirt, niezakończony konsumpcją słowno-erotycznej zabawy. Tak dzieje się, gdy partner zyskuje dodatkowo w naszych oczach, bo zyskuje w oczach innych. Która z nas nie znalazła się choć raz w sytuacji, kiedy spojrzała na kochanka zupełnie inaczej niż dotąd, a to tylko dlatego, że wzbudził zainteresowanie i podziw innych kobiet. Zazdrość jest wówczas takim krótko bolesnym szarpnięciem serca i stymulantem wzrostu pożądania. To bardzo pozytywny aspekt i dobrze prognozujący nocy w sypialni.
Gorzej jest, gdy zazdrość zaczyna przenikać wszystkie sfery życia i staje się chorobą. Czasem wyleczalną, a czasem nie.
Historia pewnej znajomości
Jak u Marty i Piotra. Ona – skromna, raczej nieśmiała młoda kobieta, przeciętnej urody, by nie powiedzieć – nijaka. Nie, nijaka na pewno nie była, skoro wpadła w oko takiemu przystojniakowi jak Piotr. Chociaż znajomi odwodzili ją od pomysłu związania się z męskim macho na stałe. Przewidywali niebezpieczeństwa, które nazywali wprost pułapkami jego samczej urody. A może znali Martę lepiej niż ona sama...?
Ale Marta się zakochała. Trochę to trwało i chyba ten czas niepewności jej uczuć tak zafascynował Piotra, który dotąd nie miewał problemów z wzajemnością kobiecej fascynacji.
Na początku ciekawe spojrzenia kobiet w stronę Piotra nawet Martę cieszyły. Czuła się dumna i bardziej wartościowa, prowadzając się za rękę z tak atrakcyjnym mężczyzną. Po czasie jednak radość ustąpiła irytacji. Żeby choć Piotr był skromniejszy w tej swojej męskiej urodzie!
No, ale nie był. Lubił podkreślać atuty swojego ciała, lubił widzieć podziw w oczach innych, chociaż jak twierdził, nigdy nie robił z tego użytku. Ot, miła, ale bezpieczna sytuacja, bo kocha przecież tylko ją.
Bo wszystkiemu na imię „zazdrość”
Słowa słowami, a nieposłuszny umysł robi swoje. I myśli, coraz więcej myśli i staje się podstępny, i przewiduje różne złe scenariusze. A wszystkim im na imię „zazdrość”.
Zazdrość, która nakazuje sprawdzać kieszenie partnera w poszukiwaniu miłosnego listu albo choć wizytówki z kobiecym imieniem. Zazdrość, która nie uchyli się nawet przed upokorzeniem wąchania jego koszul, czy nie pachną obcymi perfumami. Zazdrość o czas niespędzony z ukochaną i niewiara, że siedział po godzinach w pracy. Zazdrość o każde słowo niewypowiedziane tylko do niej, o każdy uśmiech skierowany do bliźnich, każdy miły gest na zewnątrz.
I w końcu wybuch zazdrości, wrogi atak, potok raniących oskarżeń. I dziki płacz, i przekleństwa, i osobne spanie, i coraz większa trwoga o związek niszczony przecież na własne życzenie.
A Piotr? Starał się, naprawdę się starał. Tłumaczył bezsens podejrzeń, zapewniał o uczuciu, przekonywał, całował. Szeptał czułe słowa, obdarzał pragnącym dotykiem – do czasu. Czas nie zadziałał na korzyść ani uczuć ani tym bardziej cierpliwości mężczyzny. Czuł się coraz mocniej przez partnerkę tłamszony, doprowadzany do paradoksów tłumaczenia się z za długiego o pięć minut pobytu w osiedlowym sklepie, a wyjaśnienia, że kolejka, nic nie pomagały. Co godzinę telefony, niby przypadkowe zaglądanie w jego komórkę, laptop, otwieranie korespondencji i ciągłe pretensje, żal, złość, frustracja, gniew.
Tego żaden zdrowy na umyśle człowiek nie wytrzyma, a szczególnie facet, bo przecież nie jest tajemnicą, że to właśnie męska płeć nie umie zbyt długo żyć w świecie pełnym napięć i konfliktów. Chcesz mieć na trwałe mężczyznę? Zapewnij mu spokój – brzmi mądre porzekadło, ale taka postawa była Marcie szczególnie obca.
I przyszło, co nieuniknione, i musieli się rozstać. Rozstali się z hukiem, wyrzucała przez okno jego rzeczy, krzycząc niewybrednymi słowami za oddalającą się sylwetką.
Potem padła wyczerpana na łóżko, już samotne i długo płakała, żaląc się spazmatycznie i głośno na podły los.
Przyczyny zazdrości
Skąd się bierze taka prawie niczym nieuzasadniona, bez konkretnych fundamentów, toksyczna zazdrość? Z kompleksów. Z niewiary tak w siebie i swoją atrakcyjność dla partnera, jak i z niewiary w łączącą tych dwoje bliską relację.
Bądźmy czujne, bo ostrożność jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Nie popadajmy jednak w przesadę i nauczmy się odróżniać rzeczy małe od wielkich, niegroźne od zabójczych.
Bo wpadając w pułapkę permanentnej zazdrości, zabijamy nią przede wszystkim siebie.
Odrobina zazdrości w miłości – jak najbardziej. Całe mnóstwo zazdrości w miłości – absolutnie nie. Chyba, że chcemy zostać same i w dodatku z niemiłymi wspomnieniami, które będziemy zawdzięczać tylko sobie.
Pieszczoty oralne – tak czy nie?
Zdarza się, że ludzie uprawiający ze sobą seks, zupełnie zapominają o wzbogaceniu go pieszczotami oralnymi. Powody „zapomnienia”, które należy nazwać po imieniu, czyli unikaniem ich, mogą być różne: od zahamowań i skrępowania po niechęć wynikającą z tak bliskiego kontaktu z intymnością partnera.
Seks oralny może przynosić wspaniałe doznania, ale też nieumiejętnie pobudzając partnera, możemy sprawić, że będzie on wymigiwał się od tego rodzaju pieszczot. Zanim jednak w ogóle przystąpimy do rzeczy, musimy wiedzieć, czy taka forma kontaktu jest dla nas optymalna – komfortowa i niebudząca żadnych wątpliwości.
Chociaż to śmieszne i wydawać się może wręcz nieprawdopodobne, duża rzesza szczególnie młodych kobiet, uważa pochylenie się nad udami mężczyzny za rzecz przynoszącą ujmę. Tak jakby „robiąc to dla niego” wyzbywały się całkowicie własnej przyjemności, a nawet stawały w opozycji do własnych potrzeb seksualnych. To duży błąd – zarówno przyjmowanie postawy samarytanki jak i całkowita rezygnacja z oralu, zbudowana na samej tylko niechęci, niczym nieuzasadnionej, do takiej formy pieszczot.
Nie, ale dlaczego?
Oczywiście – nic na siłę. Jeśli wybitnie mocno czujemy, że w żaden sposób nie odnajdujemy się w miłości francuskiej, nie uprawiajmy jej tylko dlatego, że wszyscy tak robią bądź też partner/partnerka tego po nas oczekuje. Zanim jednak powiemy „francuzowi” ostateczne „nie” spróbujmy dociec przyczyn owej wrogości.
Często nabywamy ją przez pryzmat wychowania. Z domów, gdzie z dziećmi nie rozmawia się o seksie, a sam seks uznaje za nieczysty i niemoralny (poza stosowaniem go w celu prokreacji), przeważnie wychodzi się z silnie zakorzenionym negatywnym stosunkiem do płciowości. Po to jednak jako dorośli ludzie mamy rozum i wolną wolę, aby już bez żadnych ograniczeń umysłu i ciała z nich korzystać. I zanim opowiemy się jednoznacznie za jakąkolwiek opcją, dobrze byłoby te jej dwa bieguny sprawdzić, bo tylko doświadczenie daje nam wiedzę o nas samych.
Czy może być coś niewłaściwego w dotykaniu ustami i językiem miejsc intymnych? Absolutnie nie – seks oralny jest nie tylko zmysłowy i przyjemny, ale dla wielu osób również bardzo stymulujący. Może być tylko przystankiem na drodze do orgazmu albo też spełnieniem samym w sobie. I tylko od partnerów zależy, jakie rozwiązanie w danej sytuacji wybiorą.
A jeśli tak, to jak?
Skoro już włączyliśmy go w repertuar ars amandi, trzeba się jeszcze postarać, aby pieszczoty były satysfakcjonujące tak dla biorcy jak i dawcy. Można posiłkować się literaturą, filmem, ale pamiętać też, że każdy ma własne, zindywidualizowane potrzeby. Jeden będzie lubił pieszczoty szybkie, mocne, inny delikatne jak muśnięcia wiatru, bo każdy silniejszy dotyk powoduje dyskomfort, a nawet ból. Nie ma lepszego wyjścia niż praktyka i poznanie w ten sposób pragnień kochanka. Zwracajmy uwagę na jego/jej reakcję i dostosujmy do nich tempo oraz rodzaj pieszczot.
Zdarza się też, że kobiety mają problem z finałem oralnej akcji. Odwieczne pytanie, co zrobić z nasieniem, wzmaga niepewność i frustrację. Co zrobić? To, na co mamy ochotę. Można przyjąć je w siebie, do ust albo pozwolić, by swobodnie popłynęło po ciele. Naprawdę, żadna z nas nie ma obowiązku zadowolenia jedynie partnera w tej kwestii. A partner, który narzuca nam cokolwiek, jest zwyczajnie egotyczny i lepiej się go zawczasu z życia i łóżka pozbyć.
Chyba, że mamy ochotę na eksperymenty w dziedzinie uległości i władczości, ale to już całkiem inna bajka...
Seks oralny może przynosić wspaniałe doznania, ale też nieumiejętnie pobudzając partnera, możemy sprawić, że będzie on wymigiwał się od tego rodzaju pieszczot. Zanim jednak w ogóle przystąpimy do rzeczy, musimy wiedzieć, czy taka forma kontaktu jest dla nas optymalna – komfortowa i niebudząca żadnych wątpliwości.
Chociaż to śmieszne i wydawać się może wręcz nieprawdopodobne, duża rzesza szczególnie młodych kobiet, uważa pochylenie się nad udami mężczyzny za rzecz przynoszącą ujmę. Tak jakby „robiąc to dla niego” wyzbywały się całkowicie własnej przyjemności, a nawet stawały w opozycji do własnych potrzeb seksualnych. To duży błąd – zarówno przyjmowanie postawy samarytanki jak i całkowita rezygnacja z oralu, zbudowana na samej tylko niechęci, niczym nieuzasadnionej, do takiej formy pieszczot.
Nie, ale dlaczego?
Oczywiście – nic na siłę. Jeśli wybitnie mocno czujemy, że w żaden sposób nie odnajdujemy się w miłości francuskiej, nie uprawiajmy jej tylko dlatego, że wszyscy tak robią bądź też partner/partnerka tego po nas oczekuje. Zanim jednak powiemy „francuzowi” ostateczne „nie” spróbujmy dociec przyczyn owej wrogości.
Często nabywamy ją przez pryzmat wychowania. Z domów, gdzie z dziećmi nie rozmawia się o seksie, a sam seks uznaje za nieczysty i niemoralny (poza stosowaniem go w celu prokreacji), przeważnie wychodzi się z silnie zakorzenionym negatywnym stosunkiem do płciowości. Po to jednak jako dorośli ludzie mamy rozum i wolną wolę, aby już bez żadnych ograniczeń umysłu i ciała z nich korzystać. I zanim opowiemy się jednoznacznie za jakąkolwiek opcją, dobrze byłoby te jej dwa bieguny sprawdzić, bo tylko doświadczenie daje nam wiedzę o nas samych.
Czy może być coś niewłaściwego w dotykaniu ustami i językiem miejsc intymnych? Absolutnie nie – seks oralny jest nie tylko zmysłowy i przyjemny, ale dla wielu osób również bardzo stymulujący. Może być tylko przystankiem na drodze do orgazmu albo też spełnieniem samym w sobie. I tylko od partnerów zależy, jakie rozwiązanie w danej sytuacji wybiorą.
A jeśli tak, to jak?
Skoro już włączyliśmy go w repertuar ars amandi, trzeba się jeszcze postarać, aby pieszczoty były satysfakcjonujące tak dla biorcy jak i dawcy. Można posiłkować się literaturą, filmem, ale pamiętać też, że każdy ma własne, zindywidualizowane potrzeby. Jeden będzie lubił pieszczoty szybkie, mocne, inny delikatne jak muśnięcia wiatru, bo każdy silniejszy dotyk powoduje dyskomfort, a nawet ból. Nie ma lepszego wyjścia niż praktyka i poznanie w ten sposób pragnień kochanka. Zwracajmy uwagę na jego/jej reakcję i dostosujmy do nich tempo oraz rodzaj pieszczot.
Zdarza się też, że kobiety mają problem z finałem oralnej akcji. Odwieczne pytanie, co zrobić z nasieniem, wzmaga niepewność i frustrację. Co zrobić? To, na co mamy ochotę. Można przyjąć je w siebie, do ust albo pozwolić, by swobodnie popłynęło po ciele. Naprawdę, żadna z nas nie ma obowiązku zadowolenia jedynie partnera w tej kwestii. A partner, który narzuca nam cokolwiek, jest zwyczajnie egotyczny i lepiej się go zawczasu z życia i łóżka pozbyć.
Chyba, że mamy ochotę na eksperymenty w dziedzinie uległości i władczości, ale to już całkiem inna bajka...
Szalony seks w miejscach publicznych
Niewiele momentów działa tak stymulująco jak ten, w którym możemy zostać przyłapani na gorącym uczynku. Czasem wystarczy sama myśl, ale czasem dobrze ją też wprowadzić w czyn. Efekty - lawina pożądania i graniczące z cudem, bo niezwykłe spełnienie, są na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko wyjść poza własną sypialnię.
Pożądanie dopada nas często zupełnie znienacka i zwykle ignorujemy je wtedy, mając świadomość, że to nie czas i nie miejsce na miłosne igraszki. Tymczasem warto czasem zaufać własnej seksualnej intuicji i pójść za jej głosem. A że nie jesteśmy w odosobnieniu, że wokół inni ludzie i do łóżka daleko? To wcale nie musi być przeszkodą, a wręcz przeciwnie - myśl, że możemy być/jesteśmy podglądani działa jak afrodyzjak.
W przymierzalni
Zaczyna się czasem całkiem niewinnie, na przykład od wspólnych zakupów. Zakupy - rzecz całkiem miła, pod warunkiem, że nie odwiedzamy trzynastego z rzędu sklepu. Po nim znać już irytację, ją coraz bardziej bolą nogi od chodzenia, ale uparli się na te zakupy, więc wędrują dalej. Ona mierzy dziesiątą bluzkę, zdejmuje tę, w której przyszła i nagle on, choć zna jej ciało na pamięć i niemal jak własne, zaczyna wpatrywać się w jej nagie ramiona, plecy, biust. Przywiera do niej całym sobą, ona z początku protestuje, ale za chwilę mięknie w jego ramionach, sutki stają na baczność, on twardnieje, splatają się w mocnym uścisku, a na podłodze przymierzalni lądują kolejno jego spodnie, jej spódnica, bielizna… Za cienką zasłonką poruszenie, w ich żyłach szybko pulsuje krew, nie patrzą już na nic, nie myślą o ludziach na zewnątrz, być może cała kabina drży w posadach, jak ona w nim, jak on w niej. Po stanowczo zbyt długim pobycie w przymierzalni wychodzą z jedną niezmierzoną nawet bluzką, odkładają ją na półkę, kupują, nieważne. Ważne, że zadziało się między nimi coś, czego na próżno szukali przez ostatnie lata we własnej sypialni.
W restauracji
Albo tak. Uroczysta kolacja w eleganckim lokalu. Świętują. Może jego urodziny, może jej albo rocznicę ślubu, awans zawodowy. Ona w długiej, wieczorowej sukni, a pod suknią nic. On się nie domyśla, nie wie nic, dopóki nie przejedzie dłonią po długości jej gładkiego, tak dobrze wyczuwalnego przez śliski materiał sukienki, kobiecego uda. Wtedy krew uderza mu do głowy, pożądliwe palce rozpoczynają wędrówkę ku zwieńczeniu ud, troskliwy kelner co rusz podchodzi z pytaniem, czy czegoś państwu nie potrzeba, chcieliby odpowiedzieć, ależ owszem, tak - spokoju, nie mówią nic, lokal jest bardzo elegancki, po co siać poruszenie, na szczęście obrusy mają tu długie, wystarczy upuścić łyżeczkę. Upuszcza najpierw on, potem ona, nurkują pod stołem, wzajemnie się pieszcząc, kolacja stygnie, ich ciała wręcz przeciwnie. Dziękują za deser - już się najedli - sobą, a zgorszonym podobrusową sceną sąsiadom posyłają na pożegnanie najniewinniejsze z uśmiechów.
W autobusie, pociągu, na plaży
A może zatłoczony autobus, pociąg, gdzie prawie nic nie widać i jednocześnie widać prawie wszystko? Jego ręce pod jej spódnicą, jej dłonie niecierpliwie szukające rozporka. Pieszczą się na stojąco, potem on odwraca ją do siebie tyłem, ostro brane zakręty tylko im sprzyjają, jazda po wertepach także.
Łąka, plaża, leśna polana latem. Wystarczy, by miała na sobie zwiewną, rozkloszowaną sukienkę i już może siadać na nim, udawać przed ludźmi, że się tylko przekomarzają, bawią, znowu nie widać prawie nic, za to wzajemnie czują się mocno i kołyszą we wspólnym rytmie.
Albo woda, nagrzane słońcem jezioro, w tafli którego można przyglądać się własnemu odbiciu, a pod którym już bez kąpielówek namiętnie, trochę jak w zwolnionym tempie, kochać. I ludzie wokół, i śmiechy dzieci, i kolorowe piłki, materace, a oni w sobie, ze sobą, w publicznej intymności.
Są ławki w parku, są muzea, zaciemnione sale kinowe, teatralne toalety, sklepy, windy, mieszkania znajomych, plenery. Warto o nich pamiętać. Warto pamiętać o możliwości konsumpcji miłości nie tylko pod własnym dachem i w ciszy tylko dwóch oddechów.
Pożądanie dopada nas często zupełnie znienacka i zwykle ignorujemy je wtedy, mając świadomość, że to nie czas i nie miejsce na miłosne igraszki. Tymczasem warto czasem zaufać własnej seksualnej intuicji i pójść za jej głosem. A że nie jesteśmy w odosobnieniu, że wokół inni ludzie i do łóżka daleko? To wcale nie musi być przeszkodą, a wręcz przeciwnie - myśl, że możemy być/jesteśmy podglądani działa jak afrodyzjak.
W przymierzalni
Zaczyna się czasem całkiem niewinnie, na przykład od wspólnych zakupów. Zakupy - rzecz całkiem miła, pod warunkiem, że nie odwiedzamy trzynastego z rzędu sklepu. Po nim znać już irytację, ją coraz bardziej bolą nogi od chodzenia, ale uparli się na te zakupy, więc wędrują dalej. Ona mierzy dziesiątą bluzkę, zdejmuje tę, w której przyszła i nagle on, choć zna jej ciało na pamięć i niemal jak własne, zaczyna wpatrywać się w jej nagie ramiona, plecy, biust. Przywiera do niej całym sobą, ona z początku protestuje, ale za chwilę mięknie w jego ramionach, sutki stają na baczność, on twardnieje, splatają się w mocnym uścisku, a na podłodze przymierzalni lądują kolejno jego spodnie, jej spódnica, bielizna… Za cienką zasłonką poruszenie, w ich żyłach szybko pulsuje krew, nie patrzą już na nic, nie myślą o ludziach na zewnątrz, być może cała kabina drży w posadach, jak ona w nim, jak on w niej. Po stanowczo zbyt długim pobycie w przymierzalni wychodzą z jedną niezmierzoną nawet bluzką, odkładają ją na półkę, kupują, nieważne. Ważne, że zadziało się między nimi coś, czego na próżno szukali przez ostatnie lata we własnej sypialni.
W restauracji
Albo tak. Uroczysta kolacja w eleganckim lokalu. Świętują. Może jego urodziny, może jej albo rocznicę ślubu, awans zawodowy. Ona w długiej, wieczorowej sukni, a pod suknią nic. On się nie domyśla, nie wie nic, dopóki nie przejedzie dłonią po długości jej gładkiego, tak dobrze wyczuwalnego przez śliski materiał sukienki, kobiecego uda. Wtedy krew uderza mu do głowy, pożądliwe palce rozpoczynają wędrówkę ku zwieńczeniu ud, troskliwy kelner co rusz podchodzi z pytaniem, czy czegoś państwu nie potrzeba, chcieliby odpowiedzieć, ależ owszem, tak - spokoju, nie mówią nic, lokal jest bardzo elegancki, po co siać poruszenie, na szczęście obrusy mają tu długie, wystarczy upuścić łyżeczkę. Upuszcza najpierw on, potem ona, nurkują pod stołem, wzajemnie się pieszcząc, kolacja stygnie, ich ciała wręcz przeciwnie. Dziękują za deser - już się najedli - sobą, a zgorszonym podobrusową sceną sąsiadom posyłają na pożegnanie najniewinniejsze z uśmiechów.
W autobusie, pociągu, na plaży
A może zatłoczony autobus, pociąg, gdzie prawie nic nie widać i jednocześnie widać prawie wszystko? Jego ręce pod jej spódnicą, jej dłonie niecierpliwie szukające rozporka. Pieszczą się na stojąco, potem on odwraca ją do siebie tyłem, ostro brane zakręty tylko im sprzyjają, jazda po wertepach także.
Łąka, plaża, leśna polana latem. Wystarczy, by miała na sobie zwiewną, rozkloszowaną sukienkę i już może siadać na nim, udawać przed ludźmi, że się tylko przekomarzają, bawią, znowu nie widać prawie nic, za to wzajemnie czują się mocno i kołyszą we wspólnym rytmie.
Albo woda, nagrzane słońcem jezioro, w tafli którego można przyglądać się własnemu odbiciu, a pod którym już bez kąpielówek namiętnie, trochę jak w zwolnionym tempie, kochać. I ludzie wokół, i śmiechy dzieci, i kolorowe piłki, materace, a oni w sobie, ze sobą, w publicznej intymności.
Są ławki w parku, są muzea, zaciemnione sale kinowe, teatralne toalety, sklepy, windy, mieszkania znajomych, plenery. Warto o nich pamiętać. Warto pamiętać o możliwości konsumpcji miłości nie tylko pod własnym dachem i w ciszy tylko dwóch oddechów.
Seks dla każdego, niezależnie od wieku
Seks nie jest tylko dla ludzi młodych. Seks nie jest tylko dla ludzi dojrzałych. Seks nie jest tylko dla ludzi starych. Seks jest dla wszystkich, niezależnie od metryki, a jedynym jego miernikiem jest potrzeba doświadczania przeżyć.
Kiedy dziewczyna przemienia się w kobietę, jest to na początku tylko metamorfoza zewnętrzna. Ona jeszcze nie wie, a przynajmniej mało wie, stąpa w świecie zmysłów po omacku, jeszcze jej nie ciągnie do eksperymentów, zdaje się w tej kwestii na partnera. Od inicjacji seksualnej do pierwszych świadomych działań mija zazwyczaj sporo czasu.
W połowie drogi do trzydziestki zaczyna orientować się dla kogo i po co wymyślono cały ten seks i próbuje wpasować siebie w różne intymne role. Często kompulsywnie chodzi do łóżka – nie tyle z ochoty rozładowania napięcia, co różnych okoliczności życiowych, które kuszą, a których to pokus młoda kobieta nie umie odróżnić od własnych rzeczywistych potrzeb.
Po przekroczeniu magicznej trzydziestki zaczyna się prawdziwy czas poznawania. Stawiania pytań i odpowiedzi, czym ten seks pachnie i rozróżniania jego aromatów. Oraz pierwszych wyborów, determinowanych tylko i wyłącznie własnymi preferencjami. To także czas eksperymentów, chociaż jeszcze nie do końca sprecyzowanych, czas smakowania nowego, czas wątpliwości, żonglowania potrzebami.
Świadoma trzydziestka, czterdziestka
W połowie drogi do czterdziestki zaczynają się świadome wybory seksualne. Znika wstyd, skrępowanie, do przeszłości odchodzą wcześniejsze zahamowania. Bierze teraz garściami wszystko to, wobec czego miała dawniej obiekcje, ale też potrafi powiedzieć „nie”, gdy któreś z nabytych doświadczeń nie leży w gestii jej potrzeb.
To najlepszy czas do odkrywania intymności, do cieszenia się nią, ale bez popadania w przesadę. Czas życia w seksualnym pędzie, ale i umiejętności zatrzymywania się na przystankach, wyznaczonych wyłącznie własnym znakiem „stop”. Czas cudnych doznań, świadomości tak swojego jak i partnera ciała, chociaż z przewagą ku pierwszemu. Jeszcze za wcześnie na postawę samarytanki, jeszcze własna przyjemność jest tak bardzo istotna i łapie się chwile największej intensyfikacji doznań. Jest chęć eksperymentowania, chodzenia bez bielizny, z dildo, erotycznych rozmów przez telefon, striptizu, nieskrępowanej masturbacji, wizyt w sex-shopach.
M jak menopauza
W czwartą dekadę wchodzi się mniej chętnie niż w trzecią – pojawia się strach o własną seksualność, która choć jeszcze daje do wiwatu, to już nie z taką siłą jak dawniej, a ciało zaczyna się pomalutku pokrywać zmarszczkami i cellulitem. Atrakcyjność fizyczna lekko kuleje, nie, nie jest źle, może troszkę gorzej, choć nadal seks fascynuje. Tylko coraz częściej pojawia się tęsknota za tym, co było i nieważne, że było to takie mało świadome, niedojrzałe...
Kolejne lata do następnej dekady mniej cieszą, więcej martwią. Mają na to ogromny wpływ hormony, coraz mniej buzujące potrzebami, a coraz bardziej leniwe. I bliżej, coraz bliżej, z każdym dniem bliżej do początku okresu menopauzalnego.
Często zdarza się, że na skutek wielkiej dramatycznej determinacji kobieta wpada wtedy w sidła własnych lęków i zaczyna wikłać się w mało rokujące związki, związki-przygody, niekoniecznie wpływające dodatnio tak na jej ciało, jak i psyche.
Żal za uciekającą młodością przemienia się w rozpacz i wtedy chce się zrobić wszystko, aby proces nadchodzącej starości jeszcze na trochę zatrzymać.
Kobiety będące w stałych związkach decydują się na różne romanse albo to ich związkom są one fundowane przez partnerów w kryzysie wieku średniego. Coraz bardziej fizjologicznie sucha pochwa domaga się nawilżenia i to niekoniecznie tylko przez lubrykanty. W pogoni za uciekającą młodością robi się rozrachunek z seksualną przeszłością, pojawia się żal za niewykorzystanymi szansami, złość za popełnione błędy i coraz większa pustka na skutek niewidzialności w oczach mężczyzn.
Jest taki dowcip, który dość dobrze obrazuje tę sytuację. – Dlaczego kobiety po 50-tce nie bawią się w chowanego? Bo nikt ich nie szuka...
Z górki, czyli po 60-tce
Klimakterium to naprawdę trudny czas. Ale nie jest to czas zupełnie stracony dla seksu. Naturalne nawilżanie można zastąpić sztucznym, czasem nawet dobrze się przy tym bawiąc. Niewiernego partnera wymienić na innego, bez pośpiechu korzystać z uroków intymności we dwoje (a może i troje), pokochać własne, naznaczone dojrzałością, ale przez to przecież nie mniej pragnące ciało. W stałej relacji zrozumieć i zadbać o potrzeby partnera, który starzeje się przecież razem z nami. Często bywa tak, że dopiero w późnym wieku metrykalnym odkrywamy erotykę w sposób, na jaki wcześniej brakowało nam odwagi.
A potem to już jest tylko z górki. Seks po 60-tce, a nawet 70-tce chociaż zupełnie inny, spokojniejszy, to zawsze zbliża do siebie partnerów. Nie ma już obaw o pułapki płodności, nie ma wielkich wstydów, strachów, jest za to i chęć i potrzeba bycia blisko, intymnie i radości tak dawania jak i brania, bez przeliczania kto więcej i lepiej.
Seksu rytm
Jest wiele momentów w życiu kobiety, kiedy seks dramatycznie zmienia swój rytm. Ciąża, połóg, utrata dziecka, partnera, bliskich, zdrada, menopauza, a nawet bezrobocie czy drastyczny spadek statusu materialnego lub zawodowego wpływają w ogromny sposób na nasze libido. I nie ma się co temu dziwić, zaprzeczać, a jedynie w trudnych momentach ten całkowicie naturalny stan zaakceptować. I nie przedłużać go ponad miarę, bo seks jest nam do życia niezwykle potrzebny.
W każdym wieku i w każdej relacji.
Kiedy dziewczyna przemienia się w kobietę, jest to na początku tylko metamorfoza zewnętrzna. Ona jeszcze nie wie, a przynajmniej mało wie, stąpa w świecie zmysłów po omacku, jeszcze jej nie ciągnie do eksperymentów, zdaje się w tej kwestii na partnera. Od inicjacji seksualnej do pierwszych świadomych działań mija zazwyczaj sporo czasu.
W połowie drogi do trzydziestki zaczyna orientować się dla kogo i po co wymyślono cały ten seks i próbuje wpasować siebie w różne intymne role. Często kompulsywnie chodzi do łóżka – nie tyle z ochoty rozładowania napięcia, co różnych okoliczności życiowych, które kuszą, a których to pokus młoda kobieta nie umie odróżnić od własnych rzeczywistych potrzeb.
Po przekroczeniu magicznej trzydziestki zaczyna się prawdziwy czas poznawania. Stawiania pytań i odpowiedzi, czym ten seks pachnie i rozróżniania jego aromatów. Oraz pierwszych wyborów, determinowanych tylko i wyłącznie własnymi preferencjami. To także czas eksperymentów, chociaż jeszcze nie do końca sprecyzowanych, czas smakowania nowego, czas wątpliwości, żonglowania potrzebami.
Świadoma trzydziestka, czterdziestka
W połowie drogi do czterdziestki zaczynają się świadome wybory seksualne. Znika wstyd, skrępowanie, do przeszłości odchodzą wcześniejsze zahamowania. Bierze teraz garściami wszystko to, wobec czego miała dawniej obiekcje, ale też potrafi powiedzieć „nie”, gdy któreś z nabytych doświadczeń nie leży w gestii jej potrzeb.
To najlepszy czas do odkrywania intymności, do cieszenia się nią, ale bez popadania w przesadę. Czas życia w seksualnym pędzie, ale i umiejętności zatrzymywania się na przystankach, wyznaczonych wyłącznie własnym znakiem „stop”. Czas cudnych doznań, świadomości tak swojego jak i partnera ciała, chociaż z przewagą ku pierwszemu. Jeszcze za wcześnie na postawę samarytanki, jeszcze własna przyjemność jest tak bardzo istotna i łapie się chwile największej intensyfikacji doznań. Jest chęć eksperymentowania, chodzenia bez bielizny, z dildo, erotycznych rozmów przez telefon, striptizu, nieskrępowanej masturbacji, wizyt w sex-shopach.
M jak menopauza
W czwartą dekadę wchodzi się mniej chętnie niż w trzecią – pojawia się strach o własną seksualność, która choć jeszcze daje do wiwatu, to już nie z taką siłą jak dawniej, a ciało zaczyna się pomalutku pokrywać zmarszczkami i cellulitem. Atrakcyjność fizyczna lekko kuleje, nie, nie jest źle, może troszkę gorzej, choć nadal seks fascynuje. Tylko coraz częściej pojawia się tęsknota za tym, co było i nieważne, że było to takie mało świadome, niedojrzałe...
Kolejne lata do następnej dekady mniej cieszą, więcej martwią. Mają na to ogromny wpływ hormony, coraz mniej buzujące potrzebami, a coraz bardziej leniwe. I bliżej, coraz bliżej, z każdym dniem bliżej do początku okresu menopauzalnego.
Często zdarza się, że na skutek wielkiej dramatycznej determinacji kobieta wpada wtedy w sidła własnych lęków i zaczyna wikłać się w mało rokujące związki, związki-przygody, niekoniecznie wpływające dodatnio tak na jej ciało, jak i psyche.
Żal za uciekającą młodością przemienia się w rozpacz i wtedy chce się zrobić wszystko, aby proces nadchodzącej starości jeszcze na trochę zatrzymać.
Kobiety będące w stałych związkach decydują się na różne romanse albo to ich związkom są one fundowane przez partnerów w kryzysie wieku średniego. Coraz bardziej fizjologicznie sucha pochwa domaga się nawilżenia i to niekoniecznie tylko przez lubrykanty. W pogoni za uciekającą młodością robi się rozrachunek z seksualną przeszłością, pojawia się żal za niewykorzystanymi szansami, złość za popełnione błędy i coraz większa pustka na skutek niewidzialności w oczach mężczyzn.
Jest taki dowcip, który dość dobrze obrazuje tę sytuację. – Dlaczego kobiety po 50-tce nie bawią się w chowanego? Bo nikt ich nie szuka...
Z górki, czyli po 60-tce
Klimakterium to naprawdę trudny czas. Ale nie jest to czas zupełnie stracony dla seksu. Naturalne nawilżanie można zastąpić sztucznym, czasem nawet dobrze się przy tym bawiąc. Niewiernego partnera wymienić na innego, bez pośpiechu korzystać z uroków intymności we dwoje (a może i troje), pokochać własne, naznaczone dojrzałością, ale przez to przecież nie mniej pragnące ciało. W stałej relacji zrozumieć i zadbać o potrzeby partnera, który starzeje się przecież razem z nami. Często bywa tak, że dopiero w późnym wieku metrykalnym odkrywamy erotykę w sposób, na jaki wcześniej brakowało nam odwagi.
A potem to już jest tylko z górki. Seks po 60-tce, a nawet 70-tce chociaż zupełnie inny, spokojniejszy, to zawsze zbliża do siebie partnerów. Nie ma już obaw o pułapki płodności, nie ma wielkich wstydów, strachów, jest za to i chęć i potrzeba bycia blisko, intymnie i radości tak dawania jak i brania, bez przeliczania kto więcej i lepiej.
Seksu rytm
Jest wiele momentów w życiu kobiety, kiedy seks dramatycznie zmienia swój rytm. Ciąża, połóg, utrata dziecka, partnera, bliskich, zdrada, menopauza, a nawet bezrobocie czy drastyczny spadek statusu materialnego lub zawodowego wpływają w ogromny sposób na nasze libido. I nie ma się co temu dziwić, zaprzeczać, a jedynie w trudnych momentach ten całkowicie naturalny stan zaakceptować. I nie przedłużać go ponad miarę, bo seks jest nam do życia niezwykle potrzebny.
W każdym wieku i w każdej relacji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)