Odrobina zazdrości w miłości jest skądinąd bardzo wskazana. Działa jak afrodyzjak, powodując, że partnerzy zdobywają się na nowo z coraz większą energią i siłą. Ale uwaga – w zbyt dużych dawkach zazdrość nie tylko bywa śmieszna oraz irytująca, ale może też doprowadzić do wielkiego zmęczenia sobą kochanków i co za tym idzie – rozpadu związku.
Różne są oblicza zielonookiego potwora. Czasem jest tak niewinny jak lekki flirt, niezakończony konsumpcją słowno-erotycznej zabawy. Tak dzieje się, gdy partner zyskuje dodatkowo w naszych oczach, bo zyskuje w oczach innych. Która z nas nie znalazła się choć raz w sytuacji, kiedy spojrzała na kochanka zupełnie inaczej niż dotąd, a to tylko dlatego, że wzbudził zainteresowanie i podziw innych kobiet. Zazdrość jest wówczas takim krótko bolesnym szarpnięciem serca i stymulantem wzrostu pożądania. To bardzo pozytywny aspekt i dobrze prognozujący nocy w sypialni.
Gorzej jest, gdy zazdrość zaczyna przenikać wszystkie sfery życia i staje się chorobą. Czasem wyleczalną, a czasem nie.
Historia pewnej znajomości
Jak u Marty i Piotra. Ona – skromna, raczej nieśmiała młoda kobieta, przeciętnej urody, by nie powiedzieć – nijaka. Nie, nijaka na pewno nie była, skoro wpadła w oko takiemu przystojniakowi jak Piotr. Chociaż znajomi odwodzili ją od pomysłu związania się z męskim macho na stałe. Przewidywali niebezpieczeństwa, które nazywali wprost pułapkami jego samczej urody. A może znali Martę lepiej niż ona sama...?
Ale Marta się zakochała. Trochę to trwało i chyba ten czas niepewności jej uczuć tak zafascynował Piotra, który dotąd nie miewał problemów z wzajemnością kobiecej fascynacji.
Na początku ciekawe spojrzenia kobiet w stronę Piotra nawet Martę cieszyły. Czuła się dumna i bardziej wartościowa, prowadzając się za rękę z tak atrakcyjnym mężczyzną. Po czasie jednak radość ustąpiła irytacji. Żeby choć Piotr był skromniejszy w tej swojej męskiej urodzie!
No, ale nie był. Lubił podkreślać atuty swojego ciała, lubił widzieć podziw w oczach innych, chociaż jak twierdził, nigdy nie robił z tego użytku. Ot, miła, ale bezpieczna sytuacja, bo kocha przecież tylko ją.
Bo wszystkiemu na imię „zazdrość”
Słowa słowami, a nieposłuszny umysł robi swoje. I myśli, coraz więcej myśli i staje się podstępny, i przewiduje różne złe scenariusze. A wszystkim im na imię „zazdrość”.
Zazdrość, która nakazuje sprawdzać kieszenie partnera w poszukiwaniu miłosnego listu albo choć wizytówki z kobiecym imieniem. Zazdrość, która nie uchyli się nawet przed upokorzeniem wąchania jego koszul, czy nie pachną obcymi perfumami. Zazdrość o czas niespędzony z ukochaną i niewiara, że siedział po godzinach w pracy. Zazdrość o każde słowo niewypowiedziane tylko do niej, o każdy uśmiech skierowany do bliźnich, każdy miły gest na zewnątrz.
I w końcu wybuch zazdrości, wrogi atak, potok raniących oskarżeń. I dziki płacz, i przekleństwa, i osobne spanie, i coraz większa trwoga o związek niszczony przecież na własne życzenie.
A Piotr? Starał się, naprawdę się starał. Tłumaczył bezsens podejrzeń, zapewniał o uczuciu, przekonywał, całował. Szeptał czułe słowa, obdarzał pragnącym dotykiem – do czasu. Czas nie zadziałał na korzyść ani uczuć ani tym bardziej cierpliwości mężczyzny. Czuł się coraz mocniej przez partnerkę tłamszony, doprowadzany do paradoksów tłumaczenia się z za długiego o pięć minut pobytu w osiedlowym sklepie, a wyjaśnienia, że kolejka, nic nie pomagały. Co godzinę telefony, niby przypadkowe zaglądanie w jego komórkę, laptop, otwieranie korespondencji i ciągłe pretensje, żal, złość, frustracja, gniew.
Tego żaden zdrowy na umyśle człowiek nie wytrzyma, a szczególnie facet, bo przecież nie jest tajemnicą, że to właśnie męska płeć nie umie zbyt długo żyć w świecie pełnym napięć i konfliktów. Chcesz mieć na trwałe mężczyznę? Zapewnij mu spokój – brzmi mądre porzekadło, ale taka postawa była Marcie szczególnie obca.
I przyszło, co nieuniknione, i musieli się rozstać. Rozstali się z hukiem, wyrzucała przez okno jego rzeczy, krzycząc niewybrednymi słowami za oddalającą się sylwetką.
Potem padła wyczerpana na łóżko, już samotne i długo płakała, żaląc się spazmatycznie i głośno na podły los.
Przyczyny zazdrości
Skąd się bierze taka prawie niczym nieuzasadniona, bez konkretnych fundamentów, toksyczna zazdrość? Z kompleksów. Z niewiary tak w siebie i swoją atrakcyjność dla partnera, jak i z niewiary w łączącą tych dwoje bliską relację.
Bądźmy czujne, bo ostrożność jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Nie popadajmy jednak w przesadę i nauczmy się odróżniać rzeczy małe od wielkich, niegroźne od zabójczych.
Bo wpadając w pułapkę permanentnej zazdrości, zabijamy nią przede wszystkim siebie.
Odrobina zazdrości w miłości – jak najbardziej. Całe mnóstwo zazdrości w miłości – absolutnie nie. Chyba, że chcemy zostać same i w dodatku z niemiłymi wspomnieniami, które będziemy zawdzięczać tylko sobie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz