Niby wszystko jest w porządku – on pieści cię tak, jak lubisz, w optymalnym dla ciebie czasie i tempie, podejmując różne techniki, zmieniając je, abyś nie zaznała nudy – a do orgazmu wciąż bardzo daleko... W końcu robisz się zła, jemu chyba też nie jest najprzyjemniej – bo w końcu jaki z niego kochanek, co to partnerki na szczyt rozkoszy nie umie doprowadzić...?
Z orgazmem, szczególnie kobiecym, jest trochę tak jak z osiągnięciem celu, na którym bardzo nam zależy. Im mocniej go pragniemy, im się bardziej spinamy, aby zaistniał, tym szanse na niego maleją. Dlaczego? To proste – orgazm nie tkwi w samej pochwie, ale trochę dalej, a nawet znacznie dalej – w głowie. Stąd kobiece orgazmy sutkowe, a nawet takie, które powstają podczas (nie)zwykłego pieszczenia dłoni.
Po pierwsze: komfort
Spróbujmy jednak najpierw dociec fizycznych przyczyn niemożności spełnienia. Pierwszym z czynników mającym istotny wpływ na satysfakcję seksualną jest komfort. Komfort polegający na tym, że idziemy do łóżka z własnej woli, chęci i potrzeby obcowania z drugim człowiekiem. Tylko i wyłącznie dla siebie, a nie dla niego, z wdzięczności, poczucia winy czy chęci zaspokojenia chuci partnera. Drugi aspekt to komfort warunków – gdy pozostawiłyśmy wszelkie obowiązki daleko poza „tu i teraz”, gdy nie przeszkadzają nam bodźce płynące z zewnątrz i towarzyszy nam już tylko sypialniany, intymny nastrój.
Po drugie: bez frustracji
Odprężone, dobrze nastawione, lekko podniecone zaczynamy grę wstępną z partnerem, po czym przechodzimy do pieszczot wyraźnie nastawionych na zdobycie szczytu. I okazuje się, że to nie działa. On dwoi się i troi, a ty czekasz, czekasz i... nic. Zaczynasz się zniechęcać, orgazmu ani śladu, za to frustracja powoli sięga zenitu. Co to jest, dlaczego tak się dzieje? Być może on jest staranny i zaangażowany, ale nie pieści cię w sposób, jakiego oczekujesz. Być może jest odwrotnie – za szybko chce osiągnąć cel i nie przykłada się zbytnio do działań na twoją rzecz.
Przesada w żadnej dziedzinie nie jest wskazana. Za długie pieszczoty powodują pozostawanie wciąż w fazie plateau i niemożność dojścia na szczyt, a zbyt pospieszna gra wstępna lub jej całkowity brak zamiast wzrostu podniecenia rodzą żal, złość i frustrację – największych przeciwników pożądania.
Po trzecie: komunikacja
Jeśli jest tak, że on pieści cię jak umie, tyle że nie trafia zupełnie w twoje oczekiwania, to można dalej się męczyć i jego też przy okazji, a można zwyczajnie powiedzieć, pokazać, czego i w jaki sposób się chce. Nikt nie czyta w cudzych myślach, a komunikacja tak werbalna jak i ta nie wprost po coś została nam dana.
Bywa i tak, że choć fizycznie jesteśmy gotowe do orgazmu, to w jego osiągnięciu przeszkadzają nam emocje. Zbędne myśli o tym, co było, co będzie, wszelkie planowanie najlepiej zostawić na momenty po kochaniu. Nie zaoszczędzimy tym czasu, a zniweczymy nie tylko swoje, ale i partnera wysiłki, a dodatkowo wyjdziemy z łóżka sfrustrowane i złe.
Po czwarte: spokój
Co więc robić, gdy orgazm pomimo tylu starań nie przychodzi? Ano nic – najlepiej przestać o nim myśleć i skupić się na pozostałych przyjemnościach płynących z ars amandi. Nie trzeba mieć nad wszystkim w życiu kontroli – a ta sfera, intymna, to już w ogóle powinna być pozbawiona wszelkiej dyscypliny. Dlatego kobiety, które udają orgazm, robią krzywdę przede wszystkim sobie. Partnerowi może i będzie miło, gdy zaczniemy wić się z rozkoszy, ale tym samym możemy zapomnieć o prawdziwym spełnieniu. No bo nie powiemy mu przecież następnym razem, że tamto to był bluff i w rzeczywistości chciałybyśmy dłużej, inaczej, lepiej...
Najlepiej więc cieszmy się seksem, odblokujmy wszelkie zahamowania, a pełna satysfakcja seksualna – wcześniej czy później przyjdzie.
I nie myślmy od razu o anorgazmii, oziębłości czy jakichkolwiek dysfunkcjach seksualnych. One, owszem, występują, ale u naprawdę niewielkiego odsetka kobiet.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz